Messiah - "Hymn To Abramelin" (1986)

Czarne tło, logo zespołu i tytuł płyty - tak banalna okładka, a przez większość maniax od razu kojarzona z debiutem Possessed i narodzinami death metalu. Ze szwajcarskim Messiah sytuacja była ikoniczna w węższych środowiskach i mniej spektakularna, mimo że zastosowano podobnie prosty do twórców "Seven Churches" zabieg na swoim pierwszym albumie i wydano go tylko rok później od ekipy Jeffa Becerry. A więc na debiucie Szwajcarów, zatytułowanym "Hymn To Abramelin", pierwsze co rzuca się w wzrok to - oczywiście - czarne tło, logo zespołu i tytuł płyty, ale lada moment dociera do uszu, że ich granie mogło przełamywać ówczesne standardy ekstremy. Debiut Messiah ukazał się w 1986 roku i stopień bestialstwa jaki na nim osiągnięto przebijał wspomniane Possessed czy nawet Slayer. To, jak na wydawnictwo niewyróżniające się unikalnym charakterem, mogło budzić pewien podziw oraz jakoś tam przesuwać kolejne granice.

Zmierzam do tego, że w przypadku "Hymn To Abramelin" sporo na korzyść albumu wpływa rocznik, w którym został wydany. W 1986 roku przeważnie najszybszą i najbardziej agresywną muzyką był thrash metal, a death metal jeszcze nabierał kształtów. Tymczasem, Szwajcarzy na jedynce napierają dziki i nieokiełznany death/thrash/black, po którym mocno słychać, że powstawał w czasach, gdy poszczególne przegródki prawie nie istniały i mało kto je w metalu analizował. Jest w tym zatem coś z brazylijskiej sceny (Vulcano, Sarcófago, Sepultura, Chakal, itd...), jak i niemieckiej (Sodom, Destruction i Kreator), ale ze względu na podobne ramy czasowe powątpiewam u Messiah o zrzynki zza granicy. Bardziej bym ich podejrzewał o telepatię, skoro w tym samym czasie dzieliły ich wspólne cechy z tak różnymi krajami jak Brazylia i Niemcy, zaś wiedzę o wykonywaniu ekstremy dużo trudniej było pozyskać niż dziś. A może po prostu wtedy każdy zespół obracający się wokół metalu chciał być mocniejszy niż inni?

Niezależnie od wersji, "Hymn To Abramelin" to dość duża dawka porywczego łojenia, które ząb czasu zdążył jednak porządnie nadgryźć. Zamysł na muzykę Messiah mieli niegłupi i udało im się thrashowe inspiracje przybrać w surowsze oraz bardziej nieokrzesane wydanie, ale niekiedy bywa kwadratowo i utworom brakuje ostatecznego szlifu, a z prób budowania klimatu zalatuje amatorszczyzną. Najlepiej Szwajcarzy wypadają tam, gdzie utrzymują umiarkowane tempa. W tych partiach czuć energię, nie zionie z nich pustką jak przy wolnych momentach, Tschösi niechlujnie zdziera japę, perkman nie odsłania tylu braków co przy szybszych rytmach, a Brögi zasuwa z całkiem zaczepnymi riffami. To domena takich utworów jak "Empire Of The Damned", "Messiah" (z dopiskiem extra version - cokolwiek to znaczy) oraz "Anarchus"

Niezły jest również doomujący "Space Invaders", który wyjątkowo dobrze przełamuje wolne granie z dzikimi zrywami oraz nie jest na tyle mulący co kilka innych powolniaków. Szczególnie mało korzystnie wypada "Total Maniac", który trwa tylko cztery minuty, a wlecze się jak gluty z nosa i monotonia akordów w nim usypia. Ciekawiej za to sobie radzi aż ośmiominutowy "The Dentist" (świetny tytuł), w którym zespół porwał się na bardziej rozbudowane struktury i klimaty, ale nie zapomniał o dynamice i prymitywnej łupance. Nie do końca jednak działa tu umieszczenie dwóch wolniejszych numerów na końcu - zamiast rozbicia ich po albumie w różnych miejscach. Z kolei zupełnie do mnie nie trafia patent modlitewnych inwokacji między utworami, na początku, okej, ma to jakiś urok, później, już tylko irytuje.

Messiah zaczynali bardzo wcześnie i mieli sporo predyspozycji do popchnięcia ekstremy naprzód, ale ich debiutancki album "Hymn To Abramelin" odsłaniał jeszcze braki pod postacią średniej wyrazistości (Possessed miało jednak dużo większy kaliber hitów) oraz niezbyt wysokich umiejętności muzyków. Debiut Szwajcarów to przyzwoita płyta, dająca podwaliny pod coś swojego, ale obecnie, jej pole rażenia nie wyrasta ponad thrash/deathowy skansen. Do tego przyczyniły się również następne albumy.

Ocena: 6/10


[English version]

A black background, the band's logo and the album title - such a banal cover art, yet immediately associated by most maniax with Possessed's debut and the birth of death metal. The Swiss band Messiah's situation was iconic in narrower circles and less spectacular, despite employing a similarly simple approach to the creators of "Seven Churches" on their first album, which was released only a year later by Jeff Becerra's band. So, on the Swiss band's debut, "Hymn To Abramelin", the first thing that catches the eye is - of course - the black background, the band's logo and the album title, but it soon dawns on you that their playing could break the standards of extremes of that time. Messiah's debut was released in 1986, and the level of brutality achieved on it surpassed the aforementioned Possessed or even Slayer. For a release with no distinctive character, this could inspire a certain admiration and push the boundaries.

My point is that in the case of "Hymn To Abramelin", the year in which it was released plays a significant role in the album's success. In 1986, the fastest and most aggressive music was usually thrash metal, and death metal was still taking shape. Meanwhile, the Swiss are pushing their way onto a wild and untamed death/thrash/black metal, clearly borne out of a time when individual categories were almost nonexistent and the metal has not been analyzed much. There's a touch of the Brazilian scene (Vulcano, Sarcófago, Sepultura, Chakal, etc.) and the German (Sodom, Destruction and Kreator), but given the similar timeframe, I doubt Messiah is ripping off foreign material. I'd be more inclined to suspect telepathy, since at the time they shared common traits with countries as diverse as Brazil and Germany, and knowledge of performing extreme metal was much harder to come by than it's today. Or maybe back then every band that started playing metal just wanted to be stronger than the others?

Regardless of the version, "Hymn To Abramelin" is quite a large dose of impulsive thrashing, but it has aged quite a bit. Messiah had a good idea for their music and they managed to take thrash metal inspirations and give them a rawer and more uncouth version, but sometimes it's a bit cliched and the songs lack the final polish, and their attempts to create an atmosphere smack of amateurism. The Swiss are at their best when they maintain moderate tempos. These sections are full of energy, not as empty as the slower moments, Tschösi shouts sloppily, the drummer doesn't reveal as many shortcomings as with faster rhythms, and Brögi rocks out with some quite interesting and aggressive riffs. This is the domain of songs like "Empire Of The Damned", "Messiah" (with the added extra version tag - whatever that means), and "Anarchus".

The doom-tinged "Space Invaders" is also quite good, breaking up the slow tempo with wild bursts exceptionally well and not being as sluggish as some other slower tracks. Well, "Total Maniac" is particularly underwhelming, lasting only four minutes, but its monotony can put you to sleep. More interesting, however, is the eight-minute-long "The Dentist" (best title), in which the band ventured into more complex structures and atmospheres, but didn't forget about dynamics and primitive brutality. However, placing two slower tracks at the end doesn't quite work here - instead of placing them in different places on the album. On the other hand, I don't really get the idea of ​​prayerful invocations between songs. At first, it has some intrigue, but later, it just becomes irritating.

Messiah started very early and had a strong predisposition to push the extreme music further, but their debut album, "Hymn To Abramelin", revealed its shortcomings, including its mediocre clarity (Possessed, however, had a much larger caliber of hits) and the musicians' limited skill. The Swiss band's debut is a decent album, laying the foundations for something of their own, but currently, its range does not extend beyond medium and outdated thrash/death. Subsequent albums also contributed to this.

Rating: 6/10

Komentarze

  1. Ale żeś przeskoczył z tematu na temat. Jesteś bardzo łaskawy. Pierwsza dobra płyta Messiah to Rotten Perish. Z Messiah jest ten problem, że ich płyty zostały wznowione przez High Roller. To znaczy, że jest to eksklzywne, ale jednocześnie zamiast jakiejś dwupłytowej kompilacji dostajemy osobno każde z wydawnictw. Jedyne czego nie posiadam z Messiah to Underground (który był opłacony przez szwajcarski rząd), oraz demo Powertrash. Dziwny zespół i robili sobie jaja z Papieża. Tak więc co kto lubi.

    OdpowiedzUsuń
  2. Płyta z misiem była zajebista

    OdpowiedzUsuń
  3. A no tematy muszą być najróżniejsze, co by zdrowia nie stracić ;) U mnie określenie "pierwszej dobrej płyty Messiah" zaczyna się gdzieś na etapie "Choir Of Horrors", chociaż "Rotten Perish" również lubię jeszcze bardziej i gości częściej. Rozwiniesz co masz na myśli mówiąc "dziwny zespół"? Dedykacja dla papieża była chyba tylko na płycie z misiem, ale mnie tam zawsze bardziej bawił tekst i tytuł "Enjoy Yourself". Mało pasował do death/thrashowej kapeli.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie obchodzi nas, czy czarny, czy biały,
      wszyscy razem do pokojowej walki.
      Walczymy o wolność i swobodę,
      ale przeciwko destrukcji i brutalności,
      Nienawiść, rasizm i wyścig zbrojeń,
      Wiwisekcja, futra to hańba ludzkości.

      Usuń
    2. W sumie masz rację, machnąłem się w wypowiedzi, faktycznie powinno być "Choir of Horrors", to chyba przez to, że w pierwszej kolejności dorwałem "Rotten Perish". A dlaczego dziwny?

      No ja cie proszę, oni chyba sami nie bardzo wiedzieli co robią i co chcą grać. "Space Invaders" to zarówno tytuł ich tracka, jak i niepublikowanej płyty, która miała być przed "Extreme Cold Weather", a która była mocno odjechana. Swoją drogą, tak pieszczotliwie nazwana płyta z misiem jest przecież kwintesencją dziwności, ale nie będę uprzedzał faktów, jak napiszesz reckę, to skomentuję. Jedna połowa to są wygłupy w studiu, druga to nagranie koncertowe, bo tak.

      Na debiucie, masz takie tracki jak ośmiominutowy The Dentist, który chyba miał się początkowo nazywać Chainsaw Dentist, ale nie wiedzieć czemu zmienili nazwę.

      Nie jest to może The Residents Metalu, ale prawie. Jeszcze jak się poczyta ich przemyślenia, to widać, że kręcili sobie po prostu beke, grając muzykę. Jeden z odrzuconych tracków miał polegać na tym, że wokalista miał grać i śpiewać na grzebieniu. Potem wzięli ich do woja i dopiero jak wrócili, to Messiah zaczął tworzyć na poważnie, w sposób zaskakująco normalny stając się szwajcarskim odpowiednikiem Death, bo tak to trzeba uczciwie nazwać.

      Pierwsze dwie płyty to jest totalne szaleństwo i chaos. Chylę czoło przed ludźmi, którzy rozumieją te płyty. Oni zawsze mieli jakieś "pomysły" i koncepty. Naprawdę zwariowana ekipa.

      Usuń
  4. Kto powiedział że metal ma mieć jakieś konkretne teksty,co za bzdura

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty