Posty

Incantation - "Decimate Christendom" (2004)

Obraz
Rok 2004 to zdecydowanie nowy etap dla Incantation - rzekłbym, że nawet przełomowy. Wraz z ukazaniem się "Decimate Christendom" John McEntee , mózg kapeli, postanowił bowiem dorzucić sobie obowiązki wokalne, obejmując podwójną rolę gitarzysty/wokalisty (aż do dziś!). Wyszło nie najgorzej, skład zyskał w końcu jako tako niezłą - jak na tę kapelę - stabilność, a nowa muzyka nie straciła na własnej tożsamości czy odpowiednim wygarze. Powiem więcej, "Decimate..." na tle "Blasphemy" zdaje się być materiałem bardziej zwartym oraz lepiej przemyślanym. I to pomimo że owy krążek parę uwag całościowo jednak nasuwa. Ale po kolei.  Poprawiło się brzmienie (na bardziej mięsiste ), powróciło więcej blastowania, klimat mocniej wciąga, no a wokale McEnteego nie obdarły całości muzyki z ciężaru czy pierwotności. Zmiany w wokalach to przede wszystkim dopuszczenie okazjonalnych, blackowo brzmiących wrzasków, pozostałe zaś, to growl dość bliski maniery Mike'a Saeza ,

Incantation - "Blasphemy" (2002)

Obraz
O ile "The Infernal Storm" można było uznać za jeden z najbardziej problematycznych w ocenie spośród całego dorobku Incantation , tak jego następca, "Blasphemy" , za jeden z najbardziej...pechowych! Okej, powrócił do kapeli - już na dłużej - Kyle Severn , sam materiał powstawał stosunkowo szybko (raptem rok po "The Infernal..." ), niestety, po drodze pojawiły się kolejne problemy, tj. te ze składem (m.in. Mike Saez pozostał jedynie sesyjnym wokalistą) oraz - co chyba najgorsze - konfliktowe na linii wydawca-zespół (z Relapse Records). Nie chcę tutaj popadać w jakiś bełkot, ale przecież już u nie jednego zespołu podobne tematy potrafiły przełożyć się na osłabienie muzyki czy ogólne wypalenie...Cóż, w 2002 roku podobna przypadłość dopadła również Incantation . Przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie! Amerykanie nawet przechodząc do Candlelight nie uzyskali należytej promocji - w czym pewnie miał też udział ultra-wysoki poziom ich albumów do 1998 roku. Z dru

Incantation - "The Infernal Storm" (2000)

Obraz
Na miano jednego z najbardziej problematycznych w ocenie longplayów Incantation z pewnością powinien zasługiwać...właśnie omawiany "The Infernal Storm" ! No i nie to, że Amerykanie na nim dali dupy czy nagle wzięli się za redefiniowanie stylu, absolutnie nie! Po prostu, pojawiło się tu trochę zmian względem "Diabolical Conquest" (i poprzednich krążków), które były...hmm...średnio potrzebne i większych upiększeń nie wymagały? Poleciał bowiem cały towarzyszący wcześniej Johnowi skład, muzyka nieco spuściła z tonu, a "nowinki" nie przyniosły w pełni satysfakcjonującej rekompensaty, by postawić "The Infernal..." na równi z "Diabolical..." . Nie oznacza to z automatu, że mowa tu o średniaku czy niewypale (bo wręcz przeciwnie). Mam wrażenie, że największym problemem "The Infernal Storm" jest fakt, że...krążek ten ukazał się po "Diabolical Conquest" ! Przez pryzmat poprzedniego albumu nie robi on niestety takiego wra

Incantation - "Diabolical Conquest" (1998)

Obraz
Prawdopodobnie jedna z trudniejszych recenzji w mojej blogowej "karierze" . Tak się niefortunnie dla mnie składa, że "Diabolical Conquest" to album monolit, którego wielkość trudno przelać na klawiaturę - na tyle żeby czegoś nie pominąć. Co więcej, w mojej skromnej opinii omawiany krążek należy do ulubionych płyt death metalowych ever (a na pewno, gdybym pokusił się o wskazanie swojego top10 z tego nurtu). Imponujące jest to też o tyle, że zespół po wydaniu "Mortal Throne Of Nazarene" zaczął mieć sporo problemów ze składem (co niestety dużo później stanie się rutyną) i z wydaniem kolejnego albumu dość mocno "zwlekał" (bo w zasadzie 4 lata). Mogło to budzić obawy o poziom, jakość i ogólną przełomowość (czyli jej ewentualny brak), ale...odnowionemu obliczu Incantation w 1998 roku udało się wyjść z tego zadania wprost doskonale! Skoro rzekło się o "Diabolical Conquest" w kontekście "najlepszych ever" , myślę, że to wystarcza

Incantation - "Mortal Throne Of Nazarene" (1994)

Obraz
Nic nie przytrafia się dwa razy. Podobno...bo taka teoria w przypadku Incantation jakoś mi nie pasuje - o czym szerzej za moment. Interesujące jest, że "Mortal Throne Of Nazarene" ukazał się w 1994 roku, czyli wtedy kiedy death metal miewał się coraz gorzej, a duża część zespołów z tego nurtu zdychała, wymiękała lub odchodziła w nieprzekonujące eksperymenty. Tymczasem, ekipa Johna McEntee najwidoczniej nie przejmowała się panującymi wówczas trendami (co poniekąd stanie się ich punktem charakterystycznym) i postanowili oni nagrać album...jeszcze bardziej podziemny! Wydawać by się przecież mogło, że wszystko co w temacie gruzowatego death metalu zostało już powiedziane na etapie "Onward To Golgotha" ... No ale nie! Muzyka na "Mortal..." pokazuje, że dało się w tej kwestii zdziałać naprawdę wiele, a jednocześnie zachować sens i wprowadzić zupełnie nową jakość. Udało się bowiem uzyskać jeszcze więcej zgnilizny, popieprzonego klimatu, chorobliwych melodii i

Incantation - "Onward To Golgotha" (1992)

Obraz
Zapuszczając się w nieco głębsze rejony podziemia jednym z najważniejszych zespołów, na jaki bym się powołał (i pewnie znaczna większość) byłby właśnie amerykański Incantation . Początki tejże kapeli datuje się na 1989, tuż po tym, gdy - mózg Incantation - gitarzysta John McEntee zdecydował się opuścić Revenant i założył swoją własną grupę. Wtedy zaczął formować się jej skład, materiał na demówki i - co najważniejsze - pełną płytę (a po drodze był jeszcze krótki epizod Johna w Mortician). Finalnie, "Onward To Golgotha" w składzie: John McEntee - gitara, Craig Pillard - wokale/gitara, Ronny Deo - bas oraz Jim Roe - perkusja, wydano w 1992 roku, a efekty tych nagrań były jeszcze bardziej druzgocące niż debiuty Deicide czy Immolation - że tak zarzucę analogią totalnie z dupy. Temat wydaje się być prosty. Otóż, w czasach ukazywania się "Onward..." tak podziemnie, bestialsko i surowo grało stosunkowo niewielu. Co więcej, na tle innych death metalowych płyt z tam

Chaos Over Cosmos - "The Silver Lining Between The Stars" (2021)

Obraz
Mam dobrą wiadomość. Chaos Over Cosmos za sprawą "The Silver Lining Between The Stars" zagościł u mnie na dłużej i w sumie to ową płytę...przesłuchałem więcej razy niż poprzednie dwie razem wzięte! Nie znaczy też to z miejsca, że zakochałem się w tym stylu i nagle dostałem olśnienia co do wszystkich produkcji celujących w nowoczesny, progresywny metal, aczkolwiek w przypadku "The Silver..." dostrzegam znacznie więcej zalet niż wad. No a z perspektywy poprzedniego albumu, to już naprawdę sporo. Można bowiem odetchnąć z ulgą, że projekt Rafała wyraźnie się pozmieniał i że nie jest bezpośrednim rozwinięciem "The Ultimate Multiverse" . Powiem tak, więcej na "The Silver..." technicznego grania z pod znaku niemieckiej Obscury z domieszką bardziej znośnych płyt In Flames aniżeli stylu nawiązującego do nowszych odmian metalu (głównie z dopiskiem "core" ) czy skocznego power metalu z debiutu . Na szczęście, nowe style przemycone do Chaos Ov