Immolation - "Failures For Gods" (1999)

Na fali chaotycznego i niezwykle ponurego death metalu jaki wypełzł wraz z zawartością "Here In After", Amerykanie z Immolation postanowili jeszcze bardziej zagęścić (to adekwatne słowo do ich stylu) tempo pracy i z następcą "dwójki" uderzyli już po trzech latach. Przez ten czas dokonała się też bardzo istotna zmiana w składzie, ponieważ na miejscu Craiga Smilowskiego pojawił się Alex Hernandez - drummer, który znacząco podkręcił stopień intensywności i brutalności. To z kolei spowodowało, że na owym "Failures For Gods" Ross Dolan i spółka postanowili powędrować w jeszcze bardziej ekstremalne rejony, choć o nieco innych środkach wyrazu niż poprzednim razem.

Mimo uproszczonego loga (co mogłoby sugerować złagodzenie brzmień - zupełnie niesłusznie, jak się zaraz okaże!), "Failures For Gods" skręca w dużo bardziej bezlitosne tempa (bo po raz pierwszy z klasycznie pojmowanymi blastami) i jeszcze gęstszą technikę. Znaczy to tyle, że część dysonansów z "Here..." zeszła na dalszy plan, a pierwsze skrzypce przejęła tu duchota, chaos, chropowaty growl i finezyjne blastowanie. Rezultat tego jest jednak wyśmienity, ponieważ zespół nie zaniechał klimatu z poprzedników, a co rusz trafiają się też chwytliwsze momenty. Przykładem chociażby "Your Angel Died", "No Jesus, No Beast", "Unsaved", "Once Ordained", tytułowy czy "Stench Of High Heaven", które poniewierają jeszcze mocniej od utworów z poprzednich krążków (co już samo w sobie było wyczynem) oraz przynoszą jeszcze większą różnorodność mimo zwiększenia obrotów (wykluczając bzdurne zarzuty jakoby jednego i drugiego nie dało się połączyć). Na koniec trafił się także tutaj pewien rodzynek pt. "The Devil I Know", który ze względu na swój bardziej płaczliwy charakter (mam na myśli leady, jakie gra tu Robert Vigna) stanowi intrygujący pomost między tym co prezentowane jest na "Failures..." a następnym krążkiem. Równie świetnie wypada tu produkcja, brudna, ale czytelna i z olbrzymim powerem - co słychać też we fragmentach utrzymanych w średnich tempach.

Na swoim trzecim longplayu, Ross Dolan i spółka zatem znacząco podkręciła stopień ekstremy, a przy tym pokazali, że tego typu death metal może wiele zyskać poprzez jeszcze brzydszy sound. Co ciekawe, na tym ewolucja tej estetyki się u nich jednak nie zakończyła!

[English version]

On the wave of chaotic and extremely gloomy death metal that emerged with the content of "Here In After", the Americans from Immolation decided to tighten the pace of work even more and with the successor of the "Here..." they hit after just three years. During this time, a very significant change in the line-up took place, because instead of Craig Smilowski there came Alex Hernandez - a drummer who significantly increased the level of intensity and brutality. This, in turn, meant that during the "Failures For Gods" Ross Dolan and the company decided to go to even more extreme regions, although with slightly different means of expression than the previous time.

Despite the simplified logo (which could suggest a softening of the sounds - completely wrong, as it turns out in a moment!), "Failures For Gods" went into a much more merciless paces (because for the first time with classically understood blasts) and even denser technique. It means that some of the dissonances from "Here..." receded into the background, and the main component was taken over by stuffiness, chaos, coarse growl and sophisticated blasting. The result, however, is excellent, because the band has not abandoned the atmosphere of its predecessors, and there are also more catchy moments. An example of such as "Your Angel Died", "No Jesus, No Beast", "Unsaved", "Once Ordained", title track or "Stench Of High Heaven", which are even more abusive than the songs from the previous albums (which was already attainment) and bring even more variety despite the increase in intensity (excluding the nonsense allegations that both cannot be combined). At the end, there is also a certain rarity called "The Devil I Know", which due to its more tearful character (I mean the leads played here by Robert Vigna) is an intriguing bridge between what is presented on "Failures..." and the next album. The production is also great here, dirty, but legible and with enormous power - which can also be heard in the fragments kept at medium tempo.

On the "Failures For Gods", Ross Dolan and the company significantly increased the degree of extreme, and at the same time showed that this type of death metal can gain a lot from even uglier sound. Interestingly, the evolution of this aesthetics did not end there!

Rating: 10/10

Komentarze

  1. Brzmienie tej płyty choć specyficzne moim zdaniem jest świetne. Tak dusznego, jaskiniowo- bagiennego klimatu Immolation nie mieli w swojej twórczości ani wcześniej ani też później. Paradoksalnie jest ono też najbliższe większości naśladowców stylistyki Immolation, którzy albo z racji wyboru albo mniejszych możliwości finansowych właśnie w takie nieprzyjazne brzmieniowo rejony najczęściej celują. Zresztą podobne standardy produkcyjne w tym samym czasie odstawiał tez Incantation, a to dzisiaj również jest wzór do naśladowania dla młodych. Zabawne jest to jak się przez lata zmieniają standardy produkcyjne, bo na przełomie wieków faktycznie tego typu duszną produkcję mocno gnojono i to do dziś pozostało w ocenie Failures... Ja zresztą równie wysoko oceniam produkcję Shadows In The Light (klasyczne metalowe, naturalne mięcho lejące się z głośników), którą niektórzy także czasem gnoją.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tego typu nowościami zazwyczaj tak jest, musi polecieć wiadro pomyj. Mnie osobiście odpowiada i takie i takie podejście do produkcji, byleby nie przesadzać z oldschoolem czy produkcją a la Nuclear Blast.

      Ostatnimi czasy zarówno Immolation i Incantation kierują się co prawda w stronę sterylności, ale póki co się na tym nie wyłożyli. Pozostaje im tylko życzyć utrzymania się na tej ścieżce :)

      Usuń
  2. Dawno nie witałem na blogu, widzę że wziąłeś się za jedną z najbardziej konsekwentnych death metalowych ekip :) Ja uważam brzmienie "Failures..." za ogromny atut - to jest wrząca smoła wylewająca się z głośników. Nigdy Immolation nie było tak mroczne jak na tej płycie - to jest wisząca ciemna chmura, zwiastująca przyjście Antychrysta. "Close to a World Below" jest piekielne i płonie infernalnym ogniem, "Unholy Cult" niepokojące i dysharmonijne, ale to właśnie "Failures for Gods" jest moim ulubionym Immolation. Mimo przytłaczającej aury, jest to cholernie chwytliwy album (przewodni riff "Unsaved" to jest coś niesamowitego), a Hernandez wniósł muzykę Amerykanów na jeszcze wyższy poziom, także intensywności - chociaż ogromnie doceniam jazzujące patenty Smilowskiego, to jednak okres z Hernandezem uważam za najbardziej znamienity w dziejach zespołu.

    Co do bębnów, zawsze lubiłem to porównanie, że brzmią jak sypiące się ze schodów kartofle ;) UWIELBIAM ten dźwięk - poddawany krytyce, podczas gdy chciałbym, by taki poziom brudu osiągnęło choćby 20% dzisiejszych deathmetalowych zespołów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam ponownie, komentarze, dyskusje i inne zażarte pojedynki na tego typu stronkach jak najbardziej wskazane :)

      W sumie te zasługi, które piszesz to bym dał do wszystkich ich wczesnych płyt, tj. od "Here In After" do "Unholy Cult", a którą już uznać z nich za tą "naj" to już bardzo indywidualna kwestia. I zgadzam się w 100%-ach, że z Hernandezem byli najlepszą ekipą. Dzięki niemu udało się wzbić na tak arcy-wysoki poziom.

      Przynajmniej tyle dobrego, że teraz "Failures..." jest "podkreślone" na Rymie. Krytyka tej płyty to gruba przesada.

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty