Messiah - "Christus Hypercubus" (2024)

Śmierć Andy'ego Kainy na pewno była bolesnym ciosem dla Brögiego i spółki. Trochę płyt panowie razem nagrali, a jedna z nich nawet doganiała kultowość "Extreme Cold Weather". W składzie z "Choir Of Horrors" udało się grupie powrócić w 2017 roku i nagrać wspólnie premierowy materiał, który poziomem... nie powalał i wyraźnie dawał znać, że czasy młodości u tych Szwajcarów bezpowrotnie minęły. Zespół jednak nie zamierzał przestawać po "Fracmont" i jeszcze za życia Andy'ego, gdy wokalista odsunął się od kapeli, zawitał nowy gardłowy Marcus Seebach (z Taste Of Tears, Masquerade i Stream Of Consciousness - nic znanego) oraz w podobnym czasie - stary znajomy - drugi gitarmen V.O. Pulver. W pięcioosobowym składzie całkiem sprawnie ukazał się w 2024 roku siódmy longplay zatytułowany "Christus Hypercubus", który wcześniejszych odczuć wobec reunionu Mesjasza, póki co, zmieniać nie powinien.

No niestety, nie wyłuskam tutaj zbyt wiele pozytywnych słów, mimo że krążka nie słucha się tak tragicznie. Zdaję sobie sprawę, że Messiah nigdy wybitnością nie grzeszyli, ale "Christus Hypercubus" to ich pierwszy longplay, z którego bardzo trudno wydobyć jakkolwiek zachęcający/intrygujący opis do sprawdzenia całości. Do muzycznej geriatrii niedaleko, ale tak to mniej więcej na tym albumie wygląda. Przeciętne, niewyróżniające się riffy, bezpieczne rytmy, znikomy poziom ekstremy, pozbawiona dynamiki i charakteru produkcja oraz mała ilość wyróżniających się motywów nie mogą przyciągać na wiele seansów. 

Realizacją zajmowali się oczywiście profesjonaliści, całość klarownie brzmi i wszystko jest odpowiednio przygotowane pod reanimowany po dłuższym czasie thrash/death, aczkolwiek takich płyt (i w dodatku lepszych) powstaje na pęczki, a Messiah nie za bardzo mają - jak na "Christus Hypercubus" często udowadniają - czym się przed szereg wyróżnić. Dorzucenie kilku groove metalowych riffów również średnio zdaje egzamin w tym kontekście. Okej, należy pochwalić wokale Marcusa, bo wpisują się one w manierę growlowania Kainy, a jednocześnie nie brzmią jak jego podróbka. Tylko to strasznie mało jak na wiekową kapelę...

Nie jest to najsłabszy krążek w dyskografii szwajcarskiego Mesjasza, bo ten już wydali w 1994 roku, ale na miano najbardziej przeciętnego, "Christus Hypercubus" może wysuwać się u nich na prowadzenie. Brakuje na tym albumie jakiegokolwiek haczyka, by móc wracać do niego, a żaden z utworów nie ma szans wskoczyć do stałej setlisty i równać się ze szlagierami tego zespołu. Posłuchać oczywiście można, ale doznań zbyt wielu tutaj nie znajdziecie. Cóż, to takie thrash/deathowe flaki z olejem.

Ocena: 5/10


[English version]

The death of Andy Kaina was certainly a painful situation to Brögi & co. The men recorded several albums together, one of which even rivaled the cult status of "Extreme Cold Weather". With the "Choir Of Horrors" line-up, the group managed to return in 2017 and record a new album together, which was... not impressive in terms of quality and clearly indicated that the days of youth were irrevocably gone for these Swiss guys. However, the band had no intention of stopping after "Fracmont" and while Andy was still alive, when the vocalist stepped away from the band, a new vocalist Marcus Seebach came (from Taste Of Tears, Masquerade and Stream Of Consciousness - nothing special), and around the same time, an old friend, second guitarist V.O. Pulver. The five-member line-up released their seventh longplay in 2024, titled "Christus Hypercubus", which should not change the previous feelings about the Messiah reunion for now.

Unfortunately, I can't find many positive things to say here, even though the album isn't terribly listenable. I realize Messiah have never been known for something innovative and exceptional, but "Christus Hypercubus" is their first longplay, from which it's very difficult to extract any encouraging/intriguing description to check out the whole thing. It's not far from musical geriatrics, but that's the way how it's on this album. Average, undistinguished riffs, safe rhythms, a negligible level of extremity, a production lacking dynamics and character, and a small number of standout motifs aren't likely to attract many listens.

The production was obviously handled by professionals, the whole thing sounds clear, and everything is properly prepared for thrash/death revived after a long time, although such albums (and even better ones) are being released in droves, and Messiah doesn't really have much to distinguish themselves from - as they often prove on "Christus Hypercubus". The addition of a few groove-metal riffs also doesn't do much good in this context. Okay, Marcus' vocals deserve praise, as they fit Kaina's growling style without sounding like a knock-off. But that's very little for an experienced band...

It's not the weakest album in the Messiah's discography, as they released that one in 1994, but "Christus Hypercubus" might be their most mediocre. It lacks any sort of hook to keep you coming back, and none of the songs have a chance of making it onto a regular setlist and standing up to the band's hits. It's definitely worth a listen, but you won't find much of an experience here. It's just thrash/death mediocrity.

Rating: 5/10

Komentarze

Popularne posty