Desecrator - "Subconscious Release" (1991)

Wykopalisk nigdy dość! O brytyjskim Desecrator dowiedziałem się z blogów i polecajek, ale będąc zdeklarowanym wzrokowcem, najbardziej skłoniła mnie do recki okładka Dana Seagrave'a. Tak, obrazki wciąż mają niebagatelne znaczenie, nawet w dobie Spotify i innych tego typu mediów. W każdym razie, nie wszyscy pamiętają, ale w przypadku Wielkiej Brytanii i jej początków lat dziewięćdziesiątych występowała dość nietypowa zależność. Zdarzało się, że punkowi grajkowie całkiem sprawnie przechodzili w death metal i to w tym gatunku nagrywali płyty, które przebijały się na szerszą skalę. U dzisiejszych bohaterów wprawdzie sprawa miała się wprost odwrotnie, to jednak na początku stylistyką nie odbiegali od tego, czym zaczynał zdobywać świat Bolt Thrower czy Benediction. "Subconscious Release" z 1991 roku zawierał taki właśnie niezbyt skomplikowany, ale masywny death metal, który idealnie mógł się wstrzelić w boom na taką muzykę.
Debiutancki (i jedyny) longplay Desecrator cechuje więc duża ilość piłujących riffów, łojenie w przeważnie średnio-szybkich tempach (bez blastów), proste rytmy, niedźwiedź grizzly na wokalu oraz całkiem przejrzyste z nisko strojonymi gitarami i pogłosem na werblu brzmienie. Z grubsza, wiele ze składowych, które tak mocno chwyciły na "Subconscious Terror" i "The Grand Leveller", ale w tym wydaniu podane zostały nieco mniej hiciarsko, bardziej wyziewnie i w dłuższym formacie. Wspominałem, że sporo numerów oscyluje wokół 7 minut? I co ciekawe, w znacznej większości trio nieźle radzi sobie z dłuższym czasem trwania kawałków. Grupa ma pomysły na riffy, nie zapomina o dawkowaniu dynamiką (nawet jeśli potrafi niepotrzebnie ją załamać jak w "Nothing Changes Anything"), wie jak rozwijać motywy, by wynikały z siebie oraz za główny cel stawia sobie deathową agresję. Wyraźnie również słychać u Brytoli fascynacje "Leprosy", a niekiedy jak np. w "Repressive Acceptance" (który w środkowej partii zawiera nieudane odniesienia do tappingów Chucka Schuldinera), bywają one zbyt bliskie, to jednak w przeważającej części są wykonane bez nachalnych zrzynek i zawierają ten charakterystyczny, wyspiarski (czyli bliski Benediction) feeling młócenia death metalu.
Takie albumy jak "Subconscious Release" przyswaja się w całości, nie ma sensu każdorazowo rozbijać tutaj zawartości na poszczególne utwory. Czasem wkrada się w nich męczenie jednego motywu lub brak większej oryginalności, ale znacznie częściej wysuwają się wspomniane wyżej atuty. Jeśli ktoś lubi death metal w typie Benediction, Morgoth, (wczesny) Death i (też wczesny) Bolt Thrower oraz rajcuje go grzebanie w czeluściach podziemia, ten zdecydowanie będzie zadowolony z pełniaka Desecrator. Kapeli oczywiście szkoda, że nie zwojowała więcej. Nie ustępowała ona bardziej znanym kolegom z UK, a i też potencjał na podbijanie rynku jakiś u nich był. Chłopaki z Desecratora jednak dosyć szybko znudzili się death metalem. Rok później zmienili nazwę na Consumed, w następnych latach przerzucili się na punk rock (wspomniana brytyjska przypadłość) oraz... do słuchania nadawali się już w mniejszym stopniu.
Ocena: 7/10
[English version]
There's never enough underground music! I learned about the British Desecrator from blogs and recommendations, but being a self-confessed visual person, it was Dan Seagrave's cover art that most compelled me to review it. Yes, arts still hold a significant importance, even in the age of Spotify and other such media. In any case, not everyone remembers, but in the case of the UK in the early 1990s, a rather unusual dependence existed. Punk musicians would occasionally transition quite smoothly into death metal, and it was in this genre that they recorded albums that gained widespread success. While it was the opposite with today's band, their initial style wasn't far removed from the bands Bolt Thrower and Benediction were beginning to conquer the world with. 1991's "Subconscious Release" featured this kind of uncomplicated, yet massive death metal, perfectly positioned to tap into the boom in this genre.
Desecrator's debut (and only) album features a large number of sawing riffs, medium-fast tempos (without blast beats), simple rhythms, a grizzly bear-like vocal, and a fairly transparent sound with low-tuned guitars and reverb on the snare. Roughly speaking, many of the same elements that captured so strongly on "Subconscious Terror" and "The Grand Leveller" are present here, but on this release, they're presented in a slightly less hit-oriented, more brutal and longer format. Did I mention that many tracks hover around the seven-minute mark? And interestingly, the trio handles the longer lengths quite well for the vast majority of tracks. The group has creative riffs, doesn't forget to dose dynamics (even if they can unnecessarily break them down, as on "Nothing Changes Anything"), knows how to develop motifs so that they emerge from within, and sets death-defying aggression as their primary goal. The Brits' fascination with "Leprosy" is also clearly audible, and sometimes, like in "Repressive Acceptance" (which contains unsuccessful references to Chuck Schuldiner's tapping in the middle section), they come too close, but for the most part they are performed without any intrusive rip-offs and contain that characteristic, insular (i.e. close to Benediction) feeling of playing death metal.
Albums like "Subconscious Release" are meant to be enjoyed in their entirety; there's no point in breaking them down into individual tracks. Sometimes, they can become tired of a single motif or lack any significant originality, but the aforementioned strengths mentioned above are more audible. Anyone who enjoys death metal like Benediction, Morgoth, (early) Death, and (also early) Bolt Thrower, and enjoys delving into the depths of the underground, will definitely be satisfied with Desecrator's full-length. It's a shame the band didn't get more. They were on par with their more well-known UK counterparts, and they had the potential to conquer the death metal scene. However, the guys in Desecrator quickly grew bored with death metal. A year later, they changed their name to Consumed, and in the following years, they switched to punk rock (the aforementioned British rule), and... they became less listenable.
Rating: 7/10
Komentarze
Prześlij komentarz