Napalm Death - "Enemy Of The Music Business" (2000)

Udało się! Napalm Death, zgodnie z przewidywaniami na "Words From The Exit Wound", postanowił powrócić do ekstremalnego hałasowania i wydając swój dziewiąty album w 2000 roku, można było się poczuć jak gdyby wypuścili go zaraz po "Utopii Banished" - nie osiem lat później. Po próbach unowocześniania stylu, Napalmy bowiem doszły do prostych wniosków, że wraz z nowym tysiącleciem najlepiej i najrozsądniej będzie wskoczyć w granie, które zapewniło im największą rozpoznawalność i najwyższy poziom w przeszłości, czyli oczywiście w grindcore/death metal. Wiaaadomo, niektóre z powrotów do korzeni nie odznaczają się największą autentycznością, ale w przypadku Napalm Death okazało się to być bardzo zbawiennym. Dowodem jest "Enemy Of The Music Business", który przywrócił grupę do czołówki ekstremalnego łojenia oraz na nowo wywołał spore i niebezpodstawne zamieszanie.
Wracając w grindowe brzmienia (czy raczej death-grind zakorzeniony w "Utopia Banished"), Napalm Death zaliczyli istotną zwyżkę jakościową. Nie wzięła się ona jednak znikąd, gdyż w tzw. międzyczasie grupa zderzała się z regularnym nacinaniem finansowym ze strony Earache Records, przez co kwintet w taki dość niecodzienny sposób dostał motywacyjnego kopa do tworzenia wyjątkowo wściekłej muzyki. No właśnie, na "Enemy Of The Music Business" słychać to szczere wkurwienie i - tak jak tytuł wskazuje - pogardę dla cwaniaków z branży muzycznej, którzy wyłącznie wykorzystują metalowe zespoły do celów zarobkowych. Już od samego początku otwierającego krążek "Taste The Poison" do słuchu bardzo szybko dociera, że nikt nie będzie się tu pieścił ze słuchaczem ani mu przypodobywał przystępniejszym graniem. Powróciły chaotyczne zrywy, intensywne blastowanie, ciekawe zwroty akcji, dzikie growle i zdzieranie ryja, dość zwięzły format utworów oraz potężne rffy, dzięki którym muzyka Napalm Death nie jest przypadkowym zlepkiem losowego hałasowania. Inny label też się znalazł (tym razem padło na Dream Catcher) i zaoferował lepsze warunki.
Mimo brutalnego charakteru całości albumu, na "Enemy Of The Music Business" nie brakuje chwytliwości i energii. Longplay obfituje w takie mocarne strzały jak chociażby "Thanks For Nothing", "Constitutional Hell", "Next On The List", "C.S. (Part 2)" (udane nawiązanie do "Scum"), "Cure For The Common Complaint" czy "Vermin", w których nikt się nie oszczędza i czuć mocno nabuzowany charakter, a zarazem zawarto w nich niemal punkowy czad oraz mnóstwo zapadających w pamięć motywów gitarowych i perkusyjnych. A to tylko część atrakcji, bo tutaj nie ma słabszych czy mniej wyrazistych kawałków! Znaczna większość z nich wpasowuje się w kategorię zarówno hitu, jak i wzorowego, death-grindowego rozpierdolu, co jest o tyle dziwne (ale i wspaniałe), że przecież mowa o dość późnym albumie w dyskografii zasłużonego zespołu. Jasne, na "Enemy..." nie trafiła zupełnie nowa jakość dla Napalm Death. Wszystkie te składowe znaliśmy już wcześniej (dokładniej - na "Utopia Banished"), aczkolwiek podane zostało to ze świeżością debiutanta, z jeszcze większą brutalnością niż na albumach nr 3 i 4 oraz z bardziej profesjonalną produkcją.
Ci którzy jednak jakoś polubili eksperymentalny okres tego kwintetu, nie powinni wybrzydzać, bo okazjonalnie zdarza się Napalmom dorzucać do brutalności psychodeliczne wstawki, jak np. ta na końcu w "Volume Of Neglect". Już zresztą za czasów "From Enslavement To Obliteration" stosowano zabieg umieszczania jednego-dwóch odmieńców na tle grindowej rzeźni, dzięki czemu "Enemy..." z klasą powraca do - nomen omen - tradycji Napalm Death ze swoich początków. Poza tym, wolniejszych, wgniatających temp zespół również nie unika.
Powrót w grindowe rejony wypadł zatem u Napalm Death wyśmienicie i w pełni naturalnie, zahaczając nawet o ewenement, gdyż Brytole przebili tu starsze, klasyczne albumy w dorobku grupy. Zbierając znane składowe i będąc pod wpływem nieporozumień z ex-wydawcą, podrasowali oni na dziewiątym longplayu swój charakterystyczny styl w jeszcze bardziej intensywnym i precyzyjnym kierunku, a jednocześnie stworzyli pokaźny zestaw napalmowych hitów, które śmiało można postawić obok szlagierów z przeszłości. Eksperymenty w wykonaniu Napalm Death były do zaakceptowania, aczkolwiek "Enemy Of The Music Business" udowadnia, że to w brutalnym graniu brytyjska grupa prezentuje najwyższy poziom oraz z największą łatwością potrafi przesuwać poprzeczkę.
Ocena: 9,5/10
Z czasów "Enemy Of The Music Business" nie doszukałem się jakichś większych ciekawostek - epka "Leaders Not Followers" była omawiana wcześniej. Największą jest ta żartobliwa, wybrzmiewająca po kilku minutach ciszy "Fracture In The Equation", w której po serbsku nawija sobie producent albumu Saša Janković.
[English version]
They've done it! Napalm Death, as predicted on "Words From The Exit Wound", decided to return to full extreme music, and when they released their ninth album in 2000, it felt as if they'd released it right after "Utopia Banished" - not eight years later. After attempting to modernize their style, Napalm Death came to the simple conclusion that, with the new millennium, it would be best and most prudent to jump back into the genre that had brought them the greatest recognition and highest level of prominence in the past - grindcore/death metal. Admittedly, some of these returns to their beginnings aren't exactly authentic, but in Napalm Death's case, it proved to be a saving grace. Proof is "Enemy Of The Music Business", which returned the band to the forefront of extreme music and once again caused a considerable, and not unfounded, hype.
Returning to grind (or rather, the death-grind releated to "Utopia Banished"), Napalm Death experienced a significant qualitative leap. This didn't come out of nowhere, however, as in the meantime, the group faced financial conflicts with Earache Records, which gave the quintet a rather unusual motivational boost to create exceptionally furious music. Indeed, on "Enemy Of The Music Business", you can hear this genuine anger and - as the title suggest - contempt for the music industry crooks who exploit metal bands solely for profit. From the very beginning of the album's opening track, "Taste The Poison", it's quickly apparent that no one here is going to made music more accessible. The chaotic bursts, intense blast beats, interesting plot twists, wild growls and screaming, relatively concise song formats, and powerful riffs are back, ensuring Napalm Death's music isn't just a random amalgamation of noise. Another label also found its way (this time, Dream Catcher) and offered better terms.
Despite the brutal nature of the album as a whole, "Enemy Of The Music Business" is not lacking in catchiness and energy. The album is full of powerful tracks like "Thanks For Nothing", "Constitutional Hell", "Next On The List", "C.S. (Part 2)" (a successful reference to "Scum"), "Cure For The Common Complaint" or "Vermin", which don't hold back and offer a powerfully charged feel, while also featuring an almost punk-like energy and a multitude of memorable guitar and drum patterns. And that's just part of the attraction, as there are no weaker or less expressive tracks here! The vast majority of them fit the bill as both a hit and a masterful death-grind butality, which is strange (but also wonderful) considering this is a relatively late album in the distinguished band's discography. Of course, "Enemy..." didn't break any new ground for Napalm Death. We knew all these components before (more precisely - on "Utopia Banished"), although they were presented with the freshness of a debutant, with even greater brutality than on albums no. 3 and 4 and with more professional production.
Those who somehow enjoyed the experimental times of this quintet shouldn't complain, as Napalm Death occasionally shows psychedelic interludes into the brutality, such as the one at the end of "Volume Of Neglect". Even back in "From Enslavement To Obliteration" times they used the technique of placing one or two different songs than those of grindcore/death metal, making "Enemy..." a classy return to - nomen omen - the Napalm Death tradition of its early days. Besides, the band doesn't avoid the slower paces either.
Napalm Death's return to grind was therefore excellent and completely natural, even bordering on the unusual, as the Brits surpassed the band's older, classic albums. Taking the familiar elements and influenced by disagreements with their ex-label, they refined their signature style on their ninth lp in an even more intense and precise direction, simultaneously creating a substantial set of Napalm Death hits that can confidently be placed alongside their past hits. Napalm Death's experimentation was acceptable, although "Enemy Of The Music Business" proves that it's in brutal style that the British band excels, and that they can push the boundaries with the greatest ease.
Rating: 9,5/10
I didn't find any major trivias from the "Enemy Of The Music Business" era – the "Leaders Not Followers" ep was discussed earlier. The biggest one is the humorous "Fracture In The Equation", which comes after a few minutes of silence and features album producer Saša Janković speaking on in Serbian.
od tego momentu zaczęło się drugie życie ND. dla wielu ludzi jest to powrót do formy. jest tu parę przytyków do Earache, ale szybko się pogodzili. W mojej ocenie, album jest okej, lepsze albumy miały przyjść po tym. Naprawdę lepsze. Ale dobry początek. Dla mnie 7,5/10
OdpowiedzUsuńZ tymi lepszymi od Enemy... w późniejszych latach to bym polemizował, ale nie zmienia to faktu rozpoczyna zaskakująco długą, bo jak na razie 20-letnią serię albumów świetnych, bardzo dobrych i dobrych.
OdpowiedzUsuńOdpowiem Państwu od razu na dwa baty - zbiorczo.
OdpowiedzUsuńTak, jak wrócili do death-grindu to zaczęło się drugie życie dla Napalm Death. Piękny powrót do formy, późniejsze albumy były rozwinięciami "Enemy Of The Music Business" i prezentowały (prezentują) się wyśmienicie.
Ale również brałbym pod sporą wątpliwość czy późniejsze albumy są lepsze od "Enemy...". Na ten moment wydaję mi się, że nie, a następne recenzje pokażą czy zdanie podtrzymam. Fakt faktem formę ogólnie mają godną podziwu, bo od ponad 20 lat żadnego słabszego albumu nie wydali.
w mojej ocenie tak, ale nie będę uprzedzał faktów. ba, tylko i wyłącznie następna płyta do omówienia bije na głowę Enemy zarówno agresją, jak i riffami, ale nie będę spojlerował tego co napiszę następnym razem. Dla mnie Enemy to jest dopiero rozgrzewka, przy czym, ja nie mam nic przeciwko poprzednim płytom ND tym bardziej, tak więc ...
Usuń