Voivod - "Voivod" (2003)

Niemal przez całe lata dziewięćdziesiąte Voivod bujał się ze słabnącym zainteresowaniem i taką se sprzedażą, niezależnie czy były to płyty przystępniejsze czy trudniej strawne. Apogeum sięgnęło na "Phobosie", gdzie nie było litości na żadnej płaszczyźnie - przygniatający klimat kosmosu i dysonanse zyskały tam zupełnie nowe oblicze, wrzucając słuchacza w wir niebezpieczeństw czyhających w najdalszych galaktykach. Sporo ludu jednak nie skumało wtedy takiej wizji Voivod na metalowe granie i grupa zaczęła borykać się z poważnymi problemami dalszego przetrwania. Sytuacja zmusiła muzyków do podjęcia się normalnych robót, działalność zespołu stała się bardziej hobbistyczna, a prace nad trzecim krążkiem z Erikiem Forrestem nie doszły do finalnego skutku (powstała tylko kompilacja i demo). Nagły przewrót nastąpił jednak w latach 2001-2002. Z grupą pożegnał się Forrest, zakładając własną kapelę E-Force, natomiast po latach absencji do Voivod powrócił wokalista Snake, a stanowisko basisty objął sam Jason Newsted, tuż po swoim niedawnym odejściu z Metalliki. To sprawiło, że gdy panowie w takim składzie ogłosili wydanie dziesiątego longplaya w 2003 roku, zatytułowanego po prostu "Voivod", krążek z miejsca stał się sensacją oraz na nowo wbił on zespół do szerszej świadomości słuchaczy. Co ciekawe, także i na dziesiątce nie obyło się bez szeregu zmian muzycznych oraz nieco kontrowersyjnych decyzji.

Selftajtl otwiera bowiem piąty rozdział w historii Voivod - nawiązujący do czasów "Angel Rat" i "The Outer Limits", ale mocno uproszczony, heavy metalowy oraz z Jasonem Newstedem na basie. Jest w tym jednak swego rodzaju szok, bo tak prosto i rozrywkowo Voivod wcześniej nie grał, a po przyzwyczajeniach z "Phobos" można wręcz na początku poczuć się jak gdyby ktoś na nas wylał kubeł zimnej wody, by powrócić do normalności po odlocie z 1997 roku. Podczas słuchania dziesiątki czuć, że ogromną fascynacją Kanadyjczycy i Amerykanin darzyli klasykę spod znaku Judas Priest, Discharge, Black Sabbath, Misfits, Motorhead, a nawet Led Zeppelin, i to właśnie na bazie tych inspiracji zbudowali lwią część tegoż krążka. Instrumenty opierają się o niespecjalnie skomplikowane zagrywki pełne rock'n'rollowego czadu oraz energicznych i łatwo przyswajalnych melodii, ale całości nie brak ciężaru i punkowego brudu. Przewijają się oczywiście charakterystyczne dysonanse (choć na znacznie dalszym planie), klimat płyty ma w sobie coś z poprzedniego futuryzmu, a także śpiewa tu Snake, którego rozpoznaje się po jednej frazie, aczkolwiek to hałaśliwy, niekiedy luzacki heavy metal gra pierwsze skrzypce na tej płycie. Fakt, świetnie wyprodukowany i z odpowiednim mięskiem, ale jednak heavy metal, którego wcześniej u Voivod nie było w takich dawkach.

Niestety, biorąc pod uwagę sześć lat wyczekiwania i tak atrakcyjny skład, "Voivod" wypada najsłabiej w porównaniu do ich dziewięciu poprzednich płyt. To co boli najbardziej tyczy się przesadnego chodzenia na skróty (a tym samym porzucenie większości progresywnych wycieczek), niewielkiej ilości solówek (jak już się pojawiają to są żałośnie krótkie i w oparciu o niezbyt wymagające sprzężenia), średnia forma wokalna Snake'a (zdarza się fałszowanie czy nawet irytujące wycie, choć krzyków brak) oraz szczelnie schowane partie basu Jasonica (klątwa Metalliki?). Nie pomaga również napakowany format krążka, który sięga 65 minut i przez spore nagromadzenie schematycznych utworów potrafi nużyć. 

Mimo obniżenia lotów, "Voivod" rzecz jasna nie jest pozbawiony kawałków, których nie dałoby się postawić obok szlagierów grupy, a jak się je zliczy to nagle się okazuje, że... trafiło ich na album wcale nie tak mało! Luzacki "Real Again?", zadziorny "Blame Us" z zaskakującą, leniwą końcówką w stylu poprzedniej płyty, nothingface'owy i zarazem mocno heavy metalowy "Strange And Ironic" (w dodatku jedyne miejsce gdzie Jasonic dostaje pole do popisu), nieco odjechany, ale przebojowo zaśpiewany "Divine Sun", czadowe i zawierające voivodowe dysonanse "Facing Up" oraz "Les Cigares Volants" czy łączący spokój Pink Floyd z metalową energią "I Don't Wanna Wake Up", to jedne z tych, które najbardziej błyszczą na płycie, aczkolwiek przy początkowym kontakcie również mogą rozczarowywać.

Reszty słucha się niby w porządku, choć nie wywierają te kawałki większych wrażeń i trudno z nich wyłapać coś dla siebie. Zespół może i bawił się tu przednio, ale takim numerom jak chociażby "Rebel Robot", "The Multiverse", "We Carry On" (kiepski sequel do "We Are Not Alone"), "Invisible Planet" czy "Gasmask Revival" brak wyrazistości, nie tak dawnego szaleństwa oraz pomysłu na porywające melodie. Utwory przelatują niczym jednorodna masa heavy metalu i niewiele poza ciągnięciem jednego/dwóch, średnio żwawych patentów po nich pozostaje w głowie. Jak już wspominałem, lepszym rozwiązaniem byłoby przycięcie materiału i pozostawienie jego co konkretniejszych oraz zakręconych części, które - być może - sprawiłyby, że krążek stanie się bardziej zwarty. 

Okrągła dziesiątka u Voivod to niestety nie za duży powód do dumy i wydawnictwo poniżej oczekiwań. Po jednej stronie, należy docenić zespół za chęć spróbowania czegoś innego i nagranie longplaya odmiennego od swoich poprzedników (co przy TAK zróżnicowanej dyskografii i tak jest kolejnym ewenementem), z drugiej strony, "Voivod" w wielu aspektach dowodzi, że uproszczenia odebrały magię tego zespołu. Nie ma oczywiście tragedii, ale z większą ilością progresywnych wstawek, wyraźniejszego basu oraz thrashowej dynamiki ten album mógłby przykuwać na dłużej i otwierałby nowy rozdział z większym przytupem. A tak, spektakularne otwarcie owszem było, ale bardziej ze względu na comeback oryginalnego wokalisty oraz pojawienie się basisty pogrywającego kiedyś w Metallice niż ze względu na samą muzykę. Niestety, oficjalnie był to też ostatni longplay, na którym zagrał Piggy, gdyż gitarzysta zmarł w 2005 roku. Wspominałem, że "Voivod" stanowił nowy etap w dorobku zespołu, ale jak się szybko okazuje, ze względu na odejście tak charyzmatycznego i uzdolnionego muzyka, był to jednocześnie koniec pewnej epoki. Co ciekawe, Denis D'Amour wiedząc odpowiednio wcześniej o chorobie, zdążył nagrać szereg utworów i jego twórczość została wydana na kolejnych, pośmiertnych albumach pod szyldem Voivod. O nich jednak szerszy opis w innym miejscu...

Ocena: 6,5/10


[English version]

Almost throughout the entire nineties Voivod had decreasing interest and financial successes, regardless of whether these were more accessible or less digestible albums. The apogee reached on "Phobos", where there was no mercy on any level - the oppressive atmosphere of space and dissonances gained a completely new face there, throwing the listener into the vortex of dangers lurking in the most distant galaxies. However, a lot of people did not get Voivod's approach to the music and the group began to struggle with serious problems of further survival. The situation forced the musicians to take on normal jobs, the band's activity became more hobby-like, and work on the third album with Eric Forrest did not come to realization (only a compilation and demo was recorded). However, a sudden upheaval occurred in the years 2001-2002. Forrest left the group, forming his own band E-Force, while after years of absence, vocalist Snake returned to Voivod, and Jason Newsted himself took duties as bassist, just after his recent departure from Metallica. This meant that when the gentlemen in this line-up announced the release of their tenth longplay in 2003, entitled simply "Voivod", the album became an immediate sensation and brought the band back into the wider consciousness of listeners. Interestingly, even on this album, there were a number of musical changes and somewhat controversial decisions.

Self-titled album opens the fifth chapter in the history of Voivod - referring to the times of "Angel Rat" and "The Outer Limits", but very simplified, playing heavy metal and with Jason Newsted on bass. There is a kind of shock in this, however, because Voivod had never played so simply and entertainingly before, and after getting used to "Phobos" you can feel at first as if someone had poured a bucket of cold water on you, to return to normality after the flight from 1997. While listening to the this record, you can feel that the Canadians and the Americans had a huge fascination for the classics of Judas Priest, Discharge, Black Sabbath, Misfits, Motorhead, and even Led Zeppelin, and it was on the basis of these inspirations that they built these 13 songs. The instruments are based on not particularly complicated patterns full of rock'n'roll power and energetic and easily digestible melodies, but the whole does not lack heaviness and punky dirt. Of course, characteristic dissonances appear (although much further back), the album's atmosphere has something of the previous futurism, and Snake sings here, recognizable by one phrase, although it's the vigorous, sometimes easygoing heavy metal that plays the main role on this album. True, it's brilliantly produced and with the right fleshy sound, but it's still heavy metal, which Voivod did not have in such doses before.

Unfortunately, considering the six years of waiting and such an attractive line-up, "Voivod" comes off the weakest in comparison to their nine previous albums. What hurts the most is the excessive simplifications (and thus abandoning most of the progressive excursions), the small number of solos (when they do appear, they are pitifully short and based on not very demanding effects/noises), Snake's average vocal form (sometimes off-key or even irritating howling, but without screaming) and Jasonic's tightly hidden bass parts (the curse of Metallica?). The packed format of the album, which reaches 65 minutes and large accumulation of schematic songs, also does not help.

Despite the decline in quality, "Voivod" is of course not devoid of tracks that could not be placed next to the band's hits, and when you count them, it suddenly turns out that... there were quite a few of them on the album! The laid-back "Real Again?", the feisty "Blame Us" with a surprising, lazy ending in the style of the previous album, the "Nothingface"-like and at the same time very heavy metal "Strange And Ironic" (additionally the only place where Jasonic gets a chance to show off), the slightly crazy but catchily sung "Divine Sun", the cool and containing Voivod dissonances "Facing Up" and "Les Cigares Volants" or the combination of Pink Floyd's calmness with metal energy "I Don't Wanna Wake Up" are some of those that shine the most on the album, even though they can also be disappointing at first contact.

The rest is okay to listen to, although they don't make any major impressions and it's hard to pick out something for yourself. The band may have had a joy with them, but tracks like "Rebel Robot", "The Multiverse", "We Carry On" (a poor sequel to "We Are Not Alone"), "Invisible Planet" or "Gasmask Revival" lack clarity, recent madness and ideas for captivating melodies. The tracks exist like a homogeneous mass of heavy metal and not much remains in your head apart from one or two, medium-paced patterns. As I've already mentioned, a better solution would be to cut the material and leave its more powerful and twisted parts, which - perhaps - would make the album more compact.

The round no. ten for Voivod is unfortunately not a big reason to be proud and the release is below expectations. On the one hand, the band should be appreciated for wanting to try something different and recording an album different from their predecessors (which with SUCH a diverse discography is another rarity anyway), on the other hand, "Voivod" in many ways proves that simplifications have taken away the magic of this band. There is of course no tragedy, but with more progressive inserts, a clearer bass and thrash metal dynamics this album could have captivated for longer and opened a new chapter with a bigger bang. And yes, there was a spectacular opening, but more because of the comeback of the original vocalist and the appearance of the bassist who used to play in Metallica than because of the music itself. Unfortunately, officially it was also the last album on which Piggy played, as the guitarist passed away in 2005. I mentioned that "Voivod" was a new chapter in the band's discography, but as it quickly turns out, due to the passing of such a charismatic and talented musician, it was also the end of an era. Interestingly, Denis D'Amour, knowing about his illness well in advance, managed to record a number of songs and his work was released on subsequent, posthumous albums under the Voivod name. However, there will be a more detailed description of them in another place...

Rating: 6,5/10

Komentarze

  1. Witam, będzie recenzja Teitanblood - From the Visceral Abyss, Pozdro

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Siema, na razie ciągniemy dyskografię Voivod do końca. Pozdro

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty